niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział XIII

Rozdział XIII

        Szukali jej wszyscy. Uczniowie, nauczyciele, nawet Filch poświęcił swój czas na poszukiwania panny Granger. Dumbledore siedział w swoim gabinecie. On jako jedyny nie uczestniczył w poszukiwaniach. Wczorajszego wieczoru poinformowano go, gdzie znajduje się Hermiona, jednak dyrektor nie mógł nikomu o tym powiedzieć, więc musiał jakoś zatuszować sprawę. Myślał nad tym cały ranek. Minął już tydzień od rzekomego "uprowadzenia" panny Granger, czyli trzeba było wymyślić jakieś sprawne i prawdopodobne wyjaśnienie przyczyny zniknięcia dziewczyny. Dyrektor postanowił nieco zmodyfikować prawdę, dzięki czemu nie będzie musiał uciekać się do kłamstwa i nielojalności wobec wszystkich obecnych w Hogwarcie. Dumbledore wolał przemilczeć pewne  kwestie, ale jeszcze nigdy nikogo nie okłamał w tak ważnych sprawach. 

        Harry, Ron, Draco i Blaze stali razem na korytarzu. Nie mogli uwierzyć w to, że dyrektor zakazał poszukiwań Hermiony a zamiast tego nakazał wszystkim obowiązkowo zjawić się na dzisiejszych zajęciach oraz na kolacji. 
  - Nigdy go nie lubiłem - stwierdził z niesmakiem Malfoy.
  - Skoro zaprzestał poszukiwań, wręcz zabronił wychodzić dzisiaj wszystkim z zamku, to musiał mieć ku temu ważne powody. Możliwe nawet, że Hermiona się odnalazła - Harry zaczął bronić Dumbledora. Zaczynały go już denerwować kwestie Malfoya. Blondyn więcej już nie odezwał się słowem tylko stał i rozglądał po korytarzu pełnym uczniów. 
        Wszyscy przyglądali się im z zaciekawieniem. W końcu powszechnie było wiadomo, że Ślizgoni i Gryfoni się nienawidzili, a w szczególności Draco nienawidził Harry'ego i Rona, z resztą ze wzajemnością. Dla blondyna jednak była to szansa. Połączone siły z Potter'em dawały o wiele większe szanse odnalezienia Hermiony a on zrobiłby wszystko, by tylko ją odnaleźć. Nawet zaprzyjaźniłby się z Wybrańcem. 

        Wielka Sala była dzisiaj w komplecie. Wszyscy uczniowie i nauczyciele odpowiedzieli na wezwanie dyrektora. Gdy tylko Dumbledore wszedł, wszelkie gwary rozmów ucichły. Cała sala chciała wysłuchać, co takiego ma do powiedzenia dyrektor. Nawet duchy przyleciały dowiedzieć się, dlaczego poszukiwania zostały poniechane. 
  - Witam wszystkich w tym wyjątkowym dniu - rozległ się miły głos dyrektora - Zapewne zastanawiacie się, dlaczego zaniechałem poszukiwań naszej drogiej panny Granger - zrobił efektywną pauzę pełną napięcia - Otóż otrzymałem wczoraj bardzo wiarygodny list, że nasza droga uczennica jest bezpieczna. W kopercie znajdował się również drugi list adresowany od panny Granger. Zapewniała mnie gorąco, że nic jej nie jest i żebyśmy się nie martwili. Nie powiadamiałem was o tej korespondencji, gdyż uważałem, że jest już zbyt późna pora, ale również pragnąłem najpierw sprawdzić czy faktycznie wszystko odbywa się zgodnie z treścią listu. W nocy wybrałem się na miejsce pobytu naszej drogiej Hermiony i zapewniam was, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. A teraz proszę was, jedzcie i radujcie się ! Niech te ponure miny zejdą z waszych twarzy. Nie pociesza was fakt powrotu do normalnego trybu dnia i nauki, ale im szybciej tym lepiej ! Życzę smacznego i dobrej nocy - dyrektor już chciał się oddalić, kiedy Draco wstał i zaczął iść w stronę stołu dla nauczycieli. 
  - Chwileczkę ! Nie wierzę w te pańskie zapewnienia ! - Draco wycelował palec w dyrektora. W Wielkiej Sali na powrót zapanowała cisza - Gdzie jest ten list ? Dlaczego nie chce pan go pokazać ? Co w nim takiego jest? 
  - W liście znajduje się miejsce pobytu panny Granger, którego pod żadnym pozorem nie wolno mi zdradzać, panie Malfoy. Poza tym list został już zniszczony, przecież nie chcielibyśmy, żeby dostał się w niepowołane ręce, nieprawdaż ? Poza tym, Draco, na przyszłość radziłbym Ci się odzywać trochę grzeczniej do nauczycieli i z większym szacunkiem. O nie, nie protestuj - uciszył blondyna unosząc rękę - rozumiem twój gniew, niepokój, bak zaufania. Niestety w tych okolicznościach nie pozostaje Ci nic innego jak mi zaufać. - dyrektor odwrócił się bezceremonialnie i wyszedł. Wściekły Draco stał przez chwilę patrząc nienawistnie w miejsce zniknięcia dyrektora, po czym wyszedł z Sali nie zważając na protesty nauczycieli.

        Hermiona stała przed tarczą i próbowała się skoncentrować. Miała zaciętą minę, zmarszczony nosek i przymrużone oczy. Wygląda tak uroczo - pomyślał Gareth. Mimo wielu czasochłonnych zajęć zdecydował się wziąć całkowitą odpowiedzialność za Hermionę i został jej opiekunem. Starał się z nią spędzać możliwie jak najwięcej czasu i nauczyć jej wielu bardzo przydatnych umiejętności. Tym razem padło na lekcję strzelania z łuku. 
  - Wyglądasz uroczo w tym skupieniu. Żyłka na szyi tak bardzo Ci pulsuje, że niemal widzę przepływającą krew. No ale cóż z tą żyłką ! Ten nos. W końcu go złamiesz jak będziesz go tak marszczyć. - Gareth zaczął żartobliwie ją przedrzeźniać. Dziewczyna starała się zachować surową minę, ale gdy go zobaczyła, nie mogła powstrzymać śmiechu. - Miło mi, że mogłem Cię w końcu rozśmieszyć - ucieszył się opiekun. 
  - Robiąc takie miny mógłbyś pójść do cyrku i robić je jednocześnie jadąc na monocyklu po linie na wysokości 3 metrów a do tego żąglując dziesięcioma piłeczkami naraz - wyobrażenie sobie tej sceny Gareth powitał kolejnym wybuchem śmiechu dziewczyny.
  - Nabijasz się ze mnie ? Nie ujdzie Ci to płazem - Hermiona nawet nie wiedziała kiedy chłopak doszedł do niej w trzech krokach, wyrwał łuk i bezceremonialnie przewrócił ją na ziemię, po czym zaczął łaskotać aż do momentu, kiedy zaczęła błagać, żeby przestał. Była cała zapłakana od niepohamowanego śmiechu. 
  - Jesteś okropny - wykrztusiła.
  - Ja ? Właśnie będę naprawiał szkody - wziął Hermionę na ręce. Kiedy była już w jego ramionach, zadrżała. Gareth wyczuł to, ale mylnie zinterpretował. - Zimno Ci ? - zapytał z troską. Dziewczyna przecząco pokręciła głową. Opiekun porzucił pomysł wrzucenia Gryfonki do jeziora, po czym skierował się do jej namiotu. 
  - Myślałam, że mamy lekcje strzału z łuku ?
  - Zmiana planów. 
        Kiedy dochodzili do namiotu, Gareth rzucił jakieś polecenie kobiecie stojącej przy namiocie, jednak nie usłyszała jakie, bo była skupiona tylko na tych silnych ramionach, w których się znajdowała. Opiekun postawił ją na podłodze, po czym zamknął wejście do jej tymczasowego domu. Wziął ją za rękę i zaprowadził do pobliskiego stołu. Usiedli. 
  - Opowiedz mi coś o sobie - poprosił chłopak.
  - Nie ma co opowiadać. Wszystko już wiesz. - Gareth już miał się obruszyć, ale w ostatniej chwili zobaczył w jej oczach wesołe ogniki. Roześmiał się.
  - Oj dziewczyno, tylko Ty wiesz jak wyprowadzić mnie z równowagi.
  - Nie tylko ja. Zdaje się, że ta śliczna królowa z kawałkiem lodu zamiast serca robi to na okrągło.
  - Sara bardzo wiele przeszła. Jesteśmy niczym rodzeństwo. Przyjaźnimy się od dzieciństwa, zawsze robiliśmy wszystko razem. Czułem i czuje się za nią odpowiedzialny. Po tej tragedii ... Ona nie była taka. Fakt, wyrosła na dumną piękność o surowym wyglądzie, ale jej uśmiech łagodził te twarde damskie rysy. Niestety masz rację. Teraz jest królową śniegu i usilnie stara się robić wszystko na własną rękę. Nie może pogodzić się z faktem, że jest w  mojej grupie i tym bardziej z tym, że ja jestem jej szefem, że dzięki temu nadal się nią opiekuje - zobaczył zaskoczoną minę Hermiony - Pewnie myślałaś, że zależy jej wyłącznie na moim stanowisku ? Owszem, chciała je, ale jak mówię tylko po to żeby się wyrwać spod moich skrzydeł. Niestety nic z tego. 
  - Dlaczego nie dasz jej swobody, skoro tak bardzo jej potrzebuje ? 
  - Ona chce się zemścić. Stanowisko jest jej potrzebne wyłącznie do tego. 
  - Myślałam, że chodzi tylko o odsunięcie Ciebie.
  - Faktycznie tak to przedstawiłem. Jeszcze raz. Po tej całej tragedii nie chciała już mojej opieki. Chciała sama stawić czoła problemom, przez co chciała się ode mnie odsunąć. Już wtedy byliśmy Rycerzami Świtu. Mieliśmy misję ochrony pewnej bardzo wpływowej czarownicy, która zagrażała czarnym charakterom. Sara pragnęła się wykazać, udowodnić, że mogłaby być dobrym przywódcą grupy. No więc dostała szansę. Jak na jej wiek była świetnym Rycerzem i miała już za sobą niejedną niebezpieczną aczkolwiek udaną misję. Tym razem jednak nie poszło tak gładko. Przejeżdżaliśmy wąwozem, nie mogliśmy się teleportować na drugą stronę, bo to miejsce chroniły potężne zaklęcia. Zaczaili się na nas. Sara oczywiście wszystko przemyślała. Jednak jedna rzecz jej umknęła. Planami wychodziła daleko w przyszłość i zawsze wszystko szło po jej myśli. Nie tym razem. Nasi oprawcy usidlili dziesięć smoków. Nie mieliśmy żadnych szans. Mimo że Sara zarządzała grupą, to ja natychmiast rozkazałem wszystkim ratować życie. Sam jednak podjąłem walkę, aby im to ułatwić. Wśród nas był ukochany Sary. Mimo młodego wieku byli zaręczeni i widać było, że to miłość na zawsze. Niestety Jason zginął. Połknął go smok. Cóż za niewdzięczna śmierć takiego bohatera ! Sara o niczym nie wiedziała. Dopiero kiedy wszyscy znaleźliśmy się w bezpiecznym miejscu okazało się, że brakuje trzech ludzi. Słynnej czarownicy, naszego głównego dowódcy...
  - I Jasona.
  - Tak. Sara wprost szalała z gniewu. Myślała, że on dalej z nimi walczy. Bardzo lubił walkę. Chciała tam wrócić wystawiając się na pewną śmierć. Nikt nie widział śmierci Jasona, tylko ja ją widziałem i tylko jej mogłem uświadomić, co się stało ! W pewnej chwili, kiedy miałem jej już powiedzieć, przed szereg wyszedł jeden z rycerzy i, od tak sobie, uświadomił Sarze lekkim tonem, że Jason zginął. Załamała się. Tej nocy zabiła człowieka. Za to, że splamił jej ukochanego mówiąc o jego śmierci w ten sposób. Stanęła przed radą najstarszych, ale uniewinnili ją, ponieważ zbierali dowody na jego winę i udało im się dowieść, że to właśnie Jeremi nas zdradził, że to on poinformował naszych wrogów i sam załatwił im smoki. Jego brat był ich opiekunem i tamtego  dnia miał je dostarczyć do odległego smoczego azylu. No i nigdy już do niego nie dotarły. Teraz przynajmniej wiemy czego można się spodziewać. Mają na podorędziu dziesięć smoków i smoczego mistrza. Wracając do Sary, nigdy nie otrząsnęła się po tej stracie. Gdyby to ona została przywódcą mojego oddziału Rycerzy, z pewnością zaprowadziłaby ich na rychła śmierć, chcąc pomścić ukochanego. Sama też by zginęła, ale ja jej na to nigdy nie pozwolę. Dlatego właśnie przed wyborem dowodzącego poszedłem do rady starszych i przedstawiłem im moje obawy i uwagi. Nie chciałem być przywódcą, tylko zapobiec samozniszczeniu Sary. No ale stało się. Jestem nim i jestem odpowiedzialny za ludzi. Nie mogę zawieść nikogo. Mogłem pomóc Jasonowi. Gdybym wtedy nie połasił się na tego wstrętnego Dołohowa ... 
  - To nie twoja wina. - Hermiona wstała i przytuliła go. Nawet  nie spostrzegł, że w czasie całej opowieści chodził w tą i z powrotem. Odwzajemnił uścisk Gryfonki.
  - Co Ty takiego w sobie masz dziewczyno, że otwieram się przed tobą jak księga i pragnę, abyś pochłonęła każdy kawałek mojej duszy ?
        Nie odpowiedziała. Po prostu stali wtuleni w siebie zapominając o otaczającym ich świecie.

        Rzucajcie zaklęcia ! Zaklęcia !!! - krzyczał Antonio.
  - Co się dzieje przyjacielu ?! - z namiotu jak oparzony wybiegł Gareth.
  - Smoki urządziły sobie na nas nalot ! 
  - Spokojnie. Rzucajcie zaklęcia obronne, ale takie, który nie zrobią im krzywdy. 
  - One nas napastują a my mamy się z nimi obchodzić jak z jajem ! - prychnął Antonio.
  - Wiesz, że pod takim warunkiem możemy tutaj być, a poza tym  nie ujdzie im na sucho napadnięcie na nas. Już ja się o to postaram. - po tych słowach Gareth pobiegł do groty, w której mieszkał przywódca smoków, jego przyjaciel z dzieciństwa. Niestety, zastał go z wbitą adamantytową włócznią. Był martwy. 

________________________________

Specjalnie dla was kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. Miłego czytania ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz